MUST-BE w Tajlandii – czyli boski Park Historyczny Sukhothai!

IMG_2085

Miałam plan wprowadzać Was w  naszą podróż krok po kroku, na bieżąco, miejsce za miejscem, hotel za hotelem, pad thai za pad thaiem, ale dotarliśmy do Sukhothai – miejsca, które skradło nasze serca tak bardzo, że postanowiłam zostawić Ayutthaya, w której byliśmy dzień wcześniej, na troszeczkę później (choć miejsce też warte odwiedzin w drodze na północ Tajlandii, ale o tym napiszę w kolejnym wpisie).

Sukhothai znajduje się ok. 450 km na północ od Bangkoku. My, jako zwolennicy spontaniczności, wynajęliśmy samochód i ruszyliśmy na własną rękę – polecamy ten sposób przemieszczania się po kraju, zwłaszcza jeżeli podróżujecie z dziećmi  i chcecie zobaczyć coś więcej niż stolicę i Chiang Mai (uprzedzam pytania: TAK, można wynająć auto z fotelikami 😉 ).

1. Nocleg

IMG_1272 (1)

Z czystym sumieniem możemy Wam polecić hotel Sukhothai Garden – bardzo czyste pokoje, świetna lokalizacja, przemiła obsługa mówiąca całkiem nieźle po angielsku, smaczne śniadanie podane pod altaną w ogrodzie i, co ważne w tym miejscu, możliwość „wypożyczenia” w cenie pokoju rowerów… z fotelikami dla dzieci 🙂 Zapomniałabym – parking hotelowy również dostępny, także jeśli się tam wybieracie to koniecznie do Sukhothai Garden!

IMG_1260

2. Park Historyczny Sukhothai – co, gdzie i jak?

„Najważniejsze” zabytki/świątynie znajdują się wewnątrz murów parku Sukhothai (100 THB/os. dorosła + 10 THB/rower), a ponad 3 razy więcej poza ich murami. Już pisząc o hotelu wspomniałam o rowerach – to najlepszy sposób, by zwiedzać park – ma on ok. 70 km2 – na piechotę z maluchami mogłoby być ciężko 😉 Gdybyście jednak mieli mało czasu lub po prostu chcieli zrobić sobie spacer po parku to koniecznie zatrzymajcie się przy świątyni Wat Mahathat – to największa z nich:) Ruiny robią ogromne wrażenie, również po zmroku, gdy są pięknie oświetlone, a sam park to przyroda, piękne lampiony i… największa obawa tego wyjazdu, czyli komary – koniecznie zaopatrzcie się w środek owadobójczy, najlepiej Mugga i koniecznie z DEET (dzieci smaruje 20%, my 50%) – w prawdzie i tak mnie dopadły, ale lepiej smarować niż nie, zwłaszcza w tropikach 😉

IMG_2091IMG_1230IMG_1237 (1)IMG_2081IMG_2107

Poza murami skusiliśmy się na wejście do świątyni Wat Tra Phang Thong, do której prowadziły dwa mosty pełne lampionów. Po  drodze zakupiliśmy karmę dla rybek (bardzo popularne w Tajlandii) i Tosia mogła mieć swoje pięć minut obserwując setki ryb, które osobiście karmiła 😉

IMG_1288IMG_1292

3. Jedzenie

W Sukhothai byliśmy tylko jeden dzień (i jedną nieprzespaną noc, dzięki Heli 😉 ), więc nie mieliśmy jak spróbować wszystkiego co nas zachęcało – intuicja nas tu zawiodła ;). Obiad zjedliśmy w małej „restauracji” Sureerat na początku uliczki, na której mieszkaliśmy: standardowo pad thai, krewetki i zielone curry. Pad thai był smaczny, ale obydwa zjedzone w Bangkoku znacznie lepsze (znajdziecie je TUTAJ), a zielone curry całkiem dobre, tylko dla mnie za ostre (więc prawdziwie tajskie – Kubie smakowało!) – jeśli mielibyśmy jakoś określić całokształt to raczej przeciętnie.

IMG_1220

Kolejna pozycja to mango sticky rice, które kupiliśmy na wynos w restauracji Maeboonmee – ciężko zepsuć ryż, więc był bardzo smaczny, ale mango mogłoby być bardziej soczyste i bardziej słodkie 😉

IMG_1278

Ostatnia pozycja w Sukhothai to sałatka z papai – dobra, ale też szału nie było. Przeciętność tych miejsc wynika z tego, że wszystkie lokale znajdujące się w pobliżu wejścia do parku są robione pod turystów – pomieszanie kuchni włoskiej i tajskiej, brak prawdziwych domowych smaków… Mimo niepowodzeń kulinarnych zakochaliśmy się w tym miejscu. To istny raj dla oka i dla duszy, jeśli odkryjecie jakieś pyszne miejsce z pad thai i nie tylko to koniecznie dajcie znać – może kiedyś tam wrócimy 🙂

IMG_1276

Podsumowując: w Sukhothai spędziliśmy niecałą dobę, przejechaliśmy wiele kilometrów rowerami, zobaczyliśmy ruiny, których długo nie zapomnimy, zjedliśmy kilka tajskich pozycji, ale żadna nie powaliła, odkryliśmy cudny hotel, w którym zarwaliśmy noc, nakarmiliśmy rybki na moście do jednej ze świątyń, pierwszy raz od przylotu dopadły nas komary i usłyszeliśmy od Tosi, że wakacje są super, a o to w tym chyba chodziło 😉

 

Więcej o naszych podróżach i smakach znajdziecie tutaj:

  • Facebook: To the Food & Back
  • Instagram: tothefoodandback

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s