Stolica Północy – czyli tętniące życiem Chiang Mai!

IMG_5899

Chiang Mai stało się celem naszej wyprawy na północ Tajlandii. Przed wyjazdem słyszeliśmy same pozytywne opinie – wszyscy, podekscytowani, zachwalali uroki stolicy północy, ale czy dla wszystkich Chiang Mai to perełka i must-be? Zdecydowanie NIE 😉 Chiang Mai to miasto, które zaczyna żyć przez duże „Ż” wieczorną porą, gdy turyści ruszają do wszechobecnych barów, restauracji z muzyką na żywo, by bawić się do późnej nocy lub na nocny bazar kosztować prawdziwie tajskiego streetfoodu! To jest miasto, które żyje życiem nocnym! Co zatem w ciągu dnia? Chiang Mai oraz jej niedaleka okolica oferuje bardzo dużo – kursy boksu tajskiego, spływy kajakowe, kąpiel w Kanionie Chaing Mai, tyrolki, kursy gotowania i wiele, wiele więcej! Będąc sami z dwójką małych dzieci większość z wyżej wymienionych atrakcji po prostu nie wchodzi w grę, dlatego do Chiang Mai wybierajcie się albo bez dzieci albo większą grupą, by wymiennie korzystać z atrakcji, które staną się pamiątką na całe życie (raz idą mamy, raz „taty” 😉 ). UWAGA! Nie oznacza to, że nie ma tam nic dla rodzin z dziećmi, bo owszem jest i jeśli jesteście zapalonymi podróżnikami to śmiało, bo jest na co popatrzeć!

1. Co robić/co zobaczyć w Chiang Mai?

Poza wcześniej wspomnianymi atrakcjami dla osób BEZ dzieci ;), Chiang Mai kryje w sobie kilka kompleksów świątynnych, które po prostu TRZEBA zobaczyć, bo to perełki w czystej postaci. Po pierwsze Wat Chedi Luang, który znajduje się w samym sercu starego miasta. Jego  najsłynniejsza budowla (Stupa) ma ponad 6 wieków i zachwyca rozmiarem, stromymi schodami i obłędnymi rzeźbami – jeśli macie mało czasu, a chcecie zobaczyć COŚ w Chiang Mai to koniecznie tu zajrzyjcie – nawet nasza 3-letnia Tosia dostrzegła piękno tego miejsca (powtarzała: Wow, ale to piękne, zobacz jest „Bugda” – tak, tak chodzi o Buddę ;)!

IMG_1384

Po drugie, Wat Phra Singh, uznawane za duchowe centrum Chiang Mai. Na nas nie zrobiło aż tak dużego wrażenia jak Wat Chedi Luang, ale też warto tutaj zajrzeć. Znajduje się on na końcu ulicy Rachadamnoem, która przechodzi przez sam środek „kwadratu” starego miasta, więc łatwo do niego trafić! Tutaj właśnie można zobaczyć jak żyją mnisi – na tyłach świątyni możemy zobaczyć wejścia do ich mieszkań oraz ich szkołę. Wzdłuż alejki, która tam prowadzi możemy dostrzec cytaty Buddy porozwieszane w gałęziach – warto się na nich skupić, bo skłaniają do refleksji 😉

IMG_2214

Po trzecie, kompleks, który chyba najbardziej skradł nasze serca ze względu na bajeczne położenie w górach w pobliżu Chiang Mai, czyli Wat Phra That Doi Suthep (ok. 13 km od Chiang Mai). Można do niego dojechać charakterystycznymi dla tego miasta czerwonymi taksówkami lub wypożyczonymi skuterami/autami. My, jak już wiecie z naszych poprzednich wpisów poruszaliśmy się wypożyczonym autem (co, gdzie i jak napiszemy niebawem!). To miejsce zachwyciło nas również stromymi schodami, które prowadzą co celu, widokiem na miasto!!! i tym, że jest to kompleks niesamowicie kolorowy dzięki roślinności i wszechobecnym lampionom. Według nas MUST-BE podczas pobytu w Chiang Mai!

IMG_1465IMG_1483IMG_2253IMG_1470IMG_1476

Po czwarte (dla mnie hit Tajlandii!) uliczne targi! W Chiang Mai znajdziecie ich mnóstwo, a wśród nich ten najbardziej popularny czyli Night Bazaar. Na nas dużo większe wrażenie zrobił ten w Bangkoku (pisaliśmy o nim TUTAJ). Gdy pierwszego dnia dotarliśmy do Chiang Mai, odbywał się za to, jak co niedzielę, Sunday Market Walking Street Chiang Mai – czyli targ ciągnący się przez całą ulicę Rachadamnoem, a tam pyszny streetfood (my jedliśmy pyszne pierożki dim sum i świeże owoce!), ubrania, biżuteria, wyroby rzemieślnicze wszelkiej maści – po prostu miód na moje serce (przyznaję się, że uwielbiam uliczne targi, nie tylko w Tajlandii!). Zapomniałabym dodać, że Tosia znalazła tam swoje wymarzone okulary 😉 Jeśli tylko dacie radę to koniecznie zajrzyjcie do Chiang Mai w… NIEDZIELĘ, bo ten targ po prostu zachwyca!

IMG_1331IMG_5898

A po piąte, jeżeli traficie do Chiang Mai z pociechami, możecie się wybrać na Night Safari (otwarcie o godz. 18, cena: 800 THB/os. dorosła, 400 THB/dziecko powyżej 3 r. ż.). Jako, że trafiliśmy na fatalną pogodę to po pierwszej godzinie biegania po parku w strugach deszczu (nikogo poza nami tam nie było 😀 ), oglądając zwierzątka, które są u nas na wyciągnięcie ręki mieliśmy poczucie, że są to najgorzej wydane pieniądze podczas tego wyjazdu… aż do momentu, gdy wsiedliśmy do „mini pociągu” (zadaszonego!), który jeździł po niedostępnych dla „pieszych” częściach parku, w których zwierzęta żyją „na wolności”. To była frajda do kwadratu – żyrafa wkładająca łeb do busa i zebry podchodzące tak blisko, że gdyby nie zakaz moglibyśmy je pogłaskać 😉 ufff! Jednak była jakaś atrakcja, której nie ma u nas. Także na Night Safari jedźcie tylko w ładną pogodę i najlepiej od razu wsiadajcie do pociągu 😉

2. Gdzie spać?

IMG_2287

My wybraliśmy bardzo kameralny „guesthouse” Double Tree House, który był oddalony od murów starego miasta o 15-20 minut spacerem. Cicha, pełna roślinności okolica, piękny duży dom, a w nim przestronny pokój, smaczne, świeże śniadania serwowane w ogrodzie (choć bardzo mały wybór ;), niesamowicie pomocna i miła właścicielka i co dla nas ważne podwórko z miejscem parkingowym!

3. Gdzie/co jeść?

Tak jak już wspomniałam wcześniej, Chiang Mai to targi, czyli jednocześnie streetfood i warto się na niego skusić (z głową oczywiście 😉 ) – świeże owoce, pierożki dim sum, pad thai czy lody kokosowe, my kupiliśmy je na straganie u bardzo miłego Taja na naszej niemalże ulubionej ulicy w mieście, czyli Rachadamnoen (najlepsze lody jakie jadłam – MUST EAT w Tajlandii!!!).

IMG_5931

Jeśli najdzie Was ochota na Pad Thai to wpadnijcie do Pad Thai 5 Rod, który znajduje się w malutkiej uliczce tuż za murami starego miasta. WAŻNE: otwierają dopiero o 17.00!, więc raczej planujcie tam kolację, ewentualnie późny obiad 🙂 My pierwsze podejście spaliliśmy, bo nieświadomi przyszliśmy chwilę po 15, za drugim razem skusiliśmy się na pad thai z krewetkami NA WYNOS (było późno, dzieci płakały… sami rozumiecie 😉 ). Mimo tego, że był on „letni” i spożywany z torebki na podłodze w hotelu to był bardzo smaczny i to co najważniejsze, wszystkie składniki takie jak chilli, kiełki, itp. były podane w osobnym pojemniczku, więc każdy mógł sobie doprawić po swojemu:)

IMG_2229

Kolejnym miejscem na obiad/kolację, które Wam polecamy z czystym sumieniem to niesamowita restauracja Asian Roots! Znajdziecie ją niedaleko ulicy Rachadamnoen choć jest ona już poza murami starego miasta. To właśnie w niej odkryłam smak Khao Soi, czyli tradycyjnej potrawy Chiang Mai (żółte curry z kurczakiem, makaronem jajecznym i ryżowym, szalotką i kapustą sarepską – palce lizać to mało!) – kolejne MUST-EAT, tym razem na północy kraju.

IMG_1488IMG_1491

Z karty zamówiliśmy również ryż smażony z krewetkami (ulubione danie Tosi!),  który był bardzo smaczny (i nie był suchy!), przystawkę „All Thai”, czyli tajski pierożek z krewetkami, mniej tajskie spring rolls (ale pyszne!) i sakiewkę z wieprzowiną – w połączeniu z sosami była to przystawka idealna. Kuba za to skusił się na czerwone curry – było smaczne, ale nie powaliło go na kolana – jak to ujął „spotkał się już z lepszym”. Nie mniej jednak za obłędne khao soi, pyszny smażony ryż, pyszną tajską herbatę i piękny wystrój to miejsce to nasz TOP w tajskim Chiang Mai!

IMG_1490IMG_2262

Pierwszego dnia skusiliśmy się na pad thai w Ratana’s Kitchen… nie będziemy wiele pisać, po prostu odradzamy nie tylko ze względu na słaby smak dań, ale też za bardzo nieuprzejmą obsługę 😉

Podsumowując: Chiang Mai to miejsce nie tylko dla singli, z dziećmi też da się co nieco zrobić/zobaczyć. Odkryliśmy tutaj pyszną kuchnię północy z khao soi na czele, pierwszy raz tak bardzo rozkoszowaliśmy się smakiem lodów, przez godzinę chodziliśmy w tropikalną ulewę po nocnym Safari… w końcu obiecaliśmy Tosi, przeszliśmy dziesiątki kilometrów, równie wiele przejechaliśmy ukochanymi tuk-tukami ( w Chiang Mai to też świetny sposób przemieszczania się po zatłoczonym mieście!), wypiliśmy niezliczone ilości tajskich herbat, odkryliśmy bajeczne świątynie i dowiedzieliśmy się od pewnej Tajki, że denga na północy de facto nie występuje, tylko czy to prawda? Tak czy siak mnie to uspokoiło, bo ilość komarów w okolicach naszego hotelu zabierała mi sen z powiek 😉

 

Więcej o naszych podróżach i smakach przeczytacie tutaj:

  • Facebook: To the Food & Back
  • Instagram: tothefoodandback

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s